Więzienie w Brixton wybudowano w roku 1830. Osadzano w nim oskarżonych oczekujących na proces. Nie było to miejsce przyjemne. Ze starych kamieni sączyły się smutek i wilgoć. Po przejściu wszystkich formalności Morosini zanurzył się w tej niepokojącej atmosferze aż do momentu, kiedy wprowadzono go do rozmównicy przypominającej oszkloną szafkę i kazano poczekać. Kiedy pojawiła się lady Ferrals eskortowana przez kobietę, którą jedynie spódnica i brak wąsów różniły od żandarma, Aldo poczuł, że serce podskoczyło mu do gardła. W tej ponurej scenerii Anielka w skromnej, czarnej sukience, która podkreślała blask jej blond włosów, wyglądała jeszcze piękniej. Ale nie przypominała dawnej Anielki. Wyglądała, jakby uleciało z niej życie. Z bladą twarzą, złocistymi włosami i oczami przypominała figurkę chryzelefantynową*, które z sukcesem tworzył rzeźbiarz Chiparus. Była równie wyprostowana i równie chłodna. Widok odwiedzającego nie zapalił żadnej iskierki w jej spojrzeniu. Usiadła z drugiej strony stołu, podczas gdy strażniczka zatrzymała się za szybą. – To pan? – zapytała. – Co pan tutaj robi? Jej ton wskazywał, że nie jest mile widziany. – Chciałem się dowiedzieć, czy mógłbym jakoś pomóc. – Źle mnie pan zrozumiał. Pytałam, skąd wziął się pan w Londynie. – Chociaż dowiedziałem się o tragicznej śmierci pani męża, nie przyjechałem z tego powodu. Udałem się do Szkocji, aby uczestniczyć w pogrzebie starego przyjaciela, i to w Inverness przeczytałem w jednej z gazet… – …że zabiłam Eryka. Niech się pan nie boi tych słów. Jest mi to obojętne. Dała znak, aby usiadł na krześle stojącym przy stole naprzeciw niej. – Nie boję się tych słów – powiedział, wykonując posłusznie jej polecenie. – Boję się tylko tego, co one oznaczają, i nie mogę w nie uwierzyć. Pani? Morderczynią? Nie, to niemożliwe! Uśmiechnęła się z lekką pogardą. – Dlaczego nie? Wie pan doskonale, że go nie kochałam. A nawet, że go nienawidziłam. Moje dni z nim były usłane różami, lecz noce – przerażające. – Ale chyba nie aż do tego stopnia, żeby go zabić. I to nie w taki głupi i oczywisty sposób: środek przeciwbólowy podany w obecności świadków, rozpuszczony w szklance whisky i to zaraz po kłótni. Jest pani na to zbyt inteligentna. Prędzej wyobraziłbym sobie panią z rewolwerem w ręku strzelającą do Eryka Ferralsa, niż podającą mu zatruty środek przeciwbólowy. To do pani nie pasuje. – Dlaczego nie? U pana w Italii często serwowano gościowi truciznę, i to w dodatku z uśmiechem na ustach. – To zwyczaj, którego nie praktykujemy już od dawna, a pani nie należy do rodziny Borgiów. Od momentu aresztowania nie przestaje pani mówić, że jest niewinna. – Ale bez efektu, drogi książę. Zaczynam już być zmęczona tym powtarzaniem. Odpowiadają mi, nie bez racji, że strychnina sama nie znalazła się w szklance, a nie było jej ani w alkoholu, ani w wodzie… A przecież zbadano wszystkie pozostałe saszetki, które miałam u siebie w pokoju. – Tylko ta jedna zawierała strychninę? Jak się domyślam, nie zbadano papierka, z którego była zrobiona saszetka. – Poprosiłam o to, ale jej nie znaleziono. Eryk zmiął ją i zostawił na tacy, a potem ktoś spalił ją w kominku, w moim pokoju. – Czy domyśla się pani, kto mógł to zrobić? Z ust Anielki wydobył się dźwięk, którego Aldo się nie spodziewał: gwałtowny, lecz gorzki i pozbawiony radości śmiech. – Może John Sutton, wspaniały i oddany sekretarz Eryka, który nie wahał się oskarżyć mnie o zbrodnię, gdy tylko zobaczył, że jego pan upadł na posadzkę. On mnie nienawidzi. – Z jakiego powodu? Co pani mu uczyniła? – Spoliczkowałam go. Wydaje mi się, że jest to normalna reakcja uczciwej kobiety, kiedy mężczyzna maca jej piersi i całuje w szyję… Aldo wiedział od dawna, że młoda Polka potrafi nazywać rzeczy po imieniu. Jednakże to wyznanie wywołało w nim niesmak. Wspomnienie sekretarza, zawsze tak układnego, nie odpowiadało temu opisowi, który przypominał raczej zachowanie satyra. Aldo wiedział jednak, że pod pozornym chłodem Brytyjczyków często skrywały się prawdziwe wulkany. – Czy on jest w pani zakochany? – Nie wiem, czy można to tak nazwać, ale wiem, że ma ochotę mnie zdobyć. – Mówiła pani o tym mężowi? – Tak, ale stwierdził, że jestem niespełna rozumu, i tylko się śmiał. Jego przywiązanie do tego… służącego przekraczało wszelkie granice. Sądzę, że prędzej dałby sobie odciąć rękę, niż się z nim rozstać. Myślę, że łączył ich jakiś trup ukryty głęboko w szafie… – Jeśli chodzi o trupy, moja droga, to sir Eryk jako handlarz bronią miał ich zbyt wiele na sumieniu, aby przejmować się jakimś jednym, ukrytym w szafie. A może zechciałaby mi pani powiedzieć coś o tym polskim służącym, którego zatrudniła pani w domu? Blada twarz młodej kobiety poczerwieniała. – Skąd pan o tym wie? Aldo uśmiechnął się uprzejmie. – Widzę, że nie straciła pani tego dobrego zwyczaju odpowiadania pytaniem na pytanie. Po prostu wiem i już! Ponieważ milczała, szukając może ciętej riposty, Aldo kontynuował: – Niech pani opowie mi coś o tym Stanisławie lub może raczej… Władysławie? Oczy młodej kobiety zaokrągliły się. – Jest pan diabłem wcielonym – wyszeptała. – Nie do końca albo może dobrym diabłem do pani usług. No, Anielko, niech pani mi w końcu zaufa i opowie, jak udało się pani wprowadzić byłego ukochanego pod dach męża. Odwróciła głowę, lecz w nikłym świetle tego posępnego miejsca dostrzegł, że po jej rzęsach spłynęła łza. – Ukochanego? Zastanawiam się teraz, czy nim kiedykolwiek był. Obecnie bardzo w to wątpię. Jak również w wielką miłość, o której pan mnie tak gorliwie zapewniał. – Nie mówmy o tym w tej chwili – przerwał jej łagodnie Morosini. – To nie ja zdecydowałem się w domu w Vesinet wpaść w ramiona Eryka. – Uratował mnie i nie miałam wyboru. Tak jak nie miałam wyboru, kiedy spotkałam Władysława w Hyde Parku, gdzie zresztą na mnie czekał… – Skąd mógł wiedzieć, że tam panią spotka? Wszyscy wiedzą, że ma pani wielkie upodobanie do parków, ale dlaczego właśnie ten? W Londynie jest ich wiele. – Każdego ranka jeździłam tam konno. – Sama? – Oczywiście, że sama. Nie lubię towarzystwa. Miałam wrażenie, że jestem pilnowana. Oczywiście często spotykałam tam znajomych, ale udawało mi się ich pozbyć. – Ale nie udało się to pani z Władysławem. Może efekt zaskoczenia zadziałał na jego korzyść? – Chyba tak. Tym bardziej, że wyszedł z krzaków wprost pod kopyta mojej klaczy, tak że o mało nie wypadłam ze strzemion. – Była pani zadowolona, że go widzi? – Wtedy tak. Przywołał wspomnienie mojego drogiego kraju i pierwszej miłości. Takie rzeczy są bardzo ważne dla każdej kobiety. – Dla mężczyzny również. Ale powiedziała pani: wtedy tak. Więc nie trwało to długo? – Nie. Szybko zrozumiałam, że mam do czynienia z przeciwnikiem, by nie powiedzieć: z wrogiem. Och, na początku był bardzo miły. Oczywiście na swój sposób. Mówił, że przyjechał do Anglii, by mnie odnaleźć, bo rozstaliśmy się tak niefortunnie.