Błękitna Gwiazda
Kolekcjoner z Warszawy
Tytuł oryginału: Le Boiteux de Varsovie: L'Etoile Bleue
Autor:
Juliette Benzoni
ISBN 978-83-7551-157-4
format: A-5
stron 332
wydanie 1
przeklad: Barbara Radczak
oprawa: miękka
data wydania 19-03-2010
Kiedy w 1918 roku – po czterech latach spędzonych na wojnie – książę Morosini wraca do swego pałacu w Wenecji, pragnie jedynie wieść wygodne, spokojne życie. Los jednak chce inaczej… Kobieta, którą kochał, od dawna związana jest z innym mężczyzną, a na majątku księcia ciąży zadłużenie. Morosini wkrótce też odkrywa, że jego matka została zamordowana i że bezcenny szafir, którym rodzina szczyciła się od wielu pokoleń, zwany Błękitną Gwiazdą, zniknął z jej domu bez śladu. Od tej chwili książę ma tylko jeden cel: odnaleźć klejnot i odkryć zabójcę matki. Nie wie, że oto rozpoczyna się najbardziej niezwykła i niebezpieczna przygoda jego życia. Książę, podążając śladem szafiru, trafia do Warszawy lat dwudziestych, która zachwyca go swoją urodą i gościnnością. Ale co najważniejsze, spotyka tam dwie osoby, które odcisną głębokie piętno na jego dalszych losach. Jedną z nich jest tajemniczy, charyzmatyczny Żyd - Szymon Aronow, także pragnący odnaleźć Błękitną Gwiazdę. Drugą - młoda, piękna i równie niewinna, co niebezpieczna Polka, Anielka Solmańska.
Książka Juliette Benzoni wprowadza nas w niezwykły świat przedwojennej Europy, opisując mroczne tajemnice, zbrodnie, miłość, namiętność, wielkie pieniądze i porywające namiętności.
| Średnia ocena czytelników: |
|
Od czterech lat Polska oddychała powietrzem wolności i to się czuło na każdym kroku. I nagle wczorajsza obojętność Alda minęła, i miasto stało mu się drogie. Być może dlatego, że tego ranka przypominało mu Włochy. Ogromny plac rozciągający się między hotelem a koszarami, w których panował wielki ruch, przypominał włoską piazza. Pełno tu było dzieci, fiakrów i młodych oficerów z szablami, noszących swój oręż z taką samą godnością, co ich pobratymcy z Półwyspu.
Nagle uczuł potrzebę wmieszania się w ten przyjemny rozgardiasz i wskoczenia do jednej z dorożek. Pośpiesznie dokończył toalety, połknął śniadanie, które wydało mu się niestety zbyt zachodnie, i gardząc futrzaną czapką, udał się na zwiedzanie.
Najpierw pomyślał, że pójdzie pieszo, ale wnet zmienił zdanie; aby mieć obraz całości, najlepiej pojechać...
- Niech mi pan znajdzie dobrego fiakra! - rzucił portierowi w mundurze obszywanym galonami.
Człowiek z pękiem kluczy przy pasku pośpiesznie zatrzymał dorożkę o pięknym wyglądzie, z brzuchatym dorożkarzem na koźle. Ten rozchylił usta w radosnym uśmiechu na widok klienta, który poprosił w języku Moliera, żeby pokazać mu Warszawę.
- Jest pan Francuzem?
- W połowie. W rzeczywistości jestem Włochem.
- To prawie to samo. To dla mnie wielka przyjemność pokazać panu Rzym Północy!... Czy wiedział pan, że tak się nazywa naszą stolicę?
- Słyszałem o tym, ale nie rozumiem dlaczego. Wczoraj stwierdziłem, że nie ma tu wiele antycznych ruin.
- Zrozumie pan za chwilę. Bolesław zna stolicę jak nikt inny!
- Mówi pan bardzo dobrze po francusku.
- Wszyscy tutaj mówią po francusku. Francja to nasza druga ojczyzna! Jedziemy! Wio!
Co mówiąc, Bolesław wcisnął na głowę kaszkiet z niebieskiego płótna ozdobiony czymś w rodzaju ozdobnej opaski z posrebrzanego metalu, mlasnął i zaciął konia. Jak wszyscy dorożkarze, nosił kilka żeliwnych cyfr obok guzika przy kołnierzu, które zwisały na jego plecach jak etykietka. Zaintrygowany Morosini zapytał o powód takiego dziwnego oznakowania.
- To pamiątka po czasach, kiedy panoszyła się tutaj policja carska. Żeby można było nas łatwiej odróżnić. Inne wspomnienie to te latarnie zawieszone przed domami. Ponieważ przyzwyczailiśmy się, więc niczego nie zmieniamy.
Zaczęło się zwiedzanie. W miarę jak przemierzali ulicę za ulicą, Morosini coraz bardziej doceniał wybór hotelowego portiera. Zdawało się, że Bolesław zna każdy dom, który mijali. Zwłaszcza pałace, klucz do przydomku Warszawy: było ich tutaj tyle, co w Rzymie. Wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia, reprezentacyjnej arterii miasta, stały jeden obok drugiego lub naprzeciwko siebie, niektóre zbudowane przez włoskich architektów, ale lżejsze niż wielkie rzymskie siedziby. Zbudowane często na planie prostokąta, z czterema pawilonami po bokach, pozostałościami dawnych bastionów, miały szerokie dziedzińce i wysokie dachy pokryte pozieleniałą, miedzianą blachą, która dodawała kolorowego uroku miastu. Bolesław pokazał Valdowi pałac Teppera, w którym Napoleon spotkał Marię Walewską i tańczył z nią kontredansa, pałac Krasińskich, gdzie przyszły marszałek Poniatowski poświęcił sztandary nowych polskich regimentów, Potockich, gdzie Murat wydawał wspaniałe przyjęcia, Sołtyka, w którym przebywał Cagliostro, i pałac Paca, mieszczący ambasadę Francji za Ludwika XV i będący schronieniem Stanisława Leszczyńskiego, przyszłego teścia króla.
- Jest pan pewien, że nie zwiedzamy Paryża? - spytał Aldo. - Cały czas tylko Francja i Francja, no i miłostki Francuzów...
- To dlatego, że historia Polski i Francji to historia miłości, która trwa, i niech mi pan nie mówi, że Włosi nie lubią miłości! Świat by się przewrócił do góry nogami!
- Świat się nie przewróci. Jestem na tym punkcie równie czuły, co moi pobratymcy, ale teraz chciałbym zwiedzić zamek.
- Zdąży pan przed obiadem. Trzeba też zwiedzić dom Chopina i księżnej Lubomirskiej, czarującej damy, która z miłości udała się do Francji i została ścięta podczas rewolucji .
- Znowu miłość?
- Nie ucieknie pan przed nią. Dziś po południu mogę panu pokazać jej dom: pałac w Wilanowie zbudowany przez naszego króla Sobieskiego dla francuskiej żony.
- Dlaczego nie...
W południe podróżnik udał się na obiad do cukierni na Placu Zamkowym, której ukwiecony taras wznosił się nad ulicą. Młode usługujące tu dziewczęta podały mu pyszne słodkości, a do tego herbatę. Zawsze lubił ciastka i czasami, dla odmiany, czynił z nich cały posiłek. Bolesław, którego też zaprosił, uprzejmie odmówił. Wolał pożywienie bardziej konkretne i obiecał, że wróci za dwie godziny.
Aldo był raczej zadowolony, że został sam: dorożkarz okazał się gadułą, a chwila odosobnienia, której książę zażył w tym miejscu, na wpół salonie herbacianym, na wpół kawiarni, wydała mu się wielce przyjemna. Rozkoszował się mazurkami, rodzajem placków w stylu wiedeńskim, których nadzienie zdawało się mieć nieskończoną ilość odmian, i naleśnikami z konfiturą na ciepło. Przyjemnie było nie myśleć o niczym i mieć wrażenie, że się jest na wakacjach.
Przedłużył tę miłą chwilę wytchnienia, zapalając pachnące cygaro, podczas gdy fiakier wiózł go na południe stolicy. Woźnica, chwilowo milczący, powoził, drzemiąc, pozwalając swojemu zaprzęgowi jechać bez nadzoru po utartym szlaku. Piękna dotąd pogoda zaczynała się psuć. Zerwał się lekki wiatr, gnając na wschód popielate chmury, które chwilami zasłaniały słońce, ale przejażdżka była przyjemna.
Wilanów spodobał się Morosiniemu. Ten barokowy pałac rozłożony pośrodku ogrodów, ze swoimi tarasami, balustradami i dwiema prostokątnymi wieżyczkami, których dachy o kilku piętrach wyglądały jak pagody, był pełen uroku. Miał wszystko, co mogło oczarować młodą kokietkę, którą niewątpliwie była Maria Kazimiera de La Grange d'Arquien, z dobrej niwernijskiej szlachty, która dzięki miłości, jak mówił Bolesław, została królową Polski, podczas gdy początkowo nic tego nie zapowiadało.
Klienci którzy kupowali ten produkt kupili rownież:
« powrót do spisu