Jego Świątobliwość Sykstus VI nie był w dobrym nastroju. Paskudna pogoda, zimna i wilgotna, która panowała w Rzymie od wielu dni, sprawiała, że bardziej doskwierał mu reumatyzm, a nawet chwilami odzywała się uśpiona podagra, która dręczyła go tak często i tak okrutnie. Aby zapobiec kolejnemu atakowi, papież spożył bardzo skromny obiad złożony z warzyw i nabiału, bez jednej kropli wina Castelli Romani, które tak sobie upodobał. Toteż jego żołądek burczał z głodu, kiedy z dwoma depczącymi mu po piętach totumfackimi, korzystając z tego, że deszcz na chwilę ustał, przechodził przez dziedziniec Watykanu, aby dokonać inspekcji budowy swojej kaplicy.
Szedł wielkimi krokami, zawinięty w podbijaną lisami pelerynę, w obszytym futrem camauro wbitym aż na oczy dla ochrony przed zimnym powietrzem. Był dosyć wysoki i potężnie zbudowany, a jego twarz o zawziętych rysach, nosie w linii czoła, agresywnym podbródku, zaciśniętych ustach, inkwizytorskim spojrzeniu i siwiejących brwiach, była dokładnie ogolona. Pozbawiona elegancji sylwetka, sprawiająca zawsze wrażenie, jakby był zapakowany w ubrania, sprawiała jednak - i wiedział o tym - wrażenie siły niepozbawione majestatyczności.
Mimo bolących kolan Sykstus dosyć łatwo pokonał sterty zalegających na placu budowy materiałów. Roboty nie posuwały się tak szybko, jak by chciał. Minęły ponad cztery lata od rozpoczęcia budowy kaplicy, a nie było jeszcze nawet mowy o dachu. Biskup Rzymu udał się na miejsce z jednym tylko zamiarem - zrugania osób odpowiedzialnych za przebieg robót. Kiedy mu się coś nie podobało, trzeba było znacznie większej przeszkody, niż odwieczne bóle, by go powstrzymać od działania. Ponadto - wiedziały o tym osoby z jego otoczenia - nade wszystko lubił, wpadać w złość.
Tym razem miał rację. Rozpoczął budowę tej kaplicy, aby dać Watykanowi miejsce kultu godne tronu Piotrowego, obszerny budynek, w którym swobodnie mógłby zaprezentować papieski przepych, co było rzeczą niemożliwą w starej bazylice, gdzie spoczywało ciało księcia Apostołów. Był to zwykły, nadszarpnięty zębem czasu kościół, nieco tylko bardziej okazały niż kościół wiejskiego proboszcza, z przekrzywioną dzwonnicą i spadzistym dachem wieńczącym sklepienie o wysokości trzech pięter. Przeprowadzono pewne prace remontowe, jednak całość pozostawała przygnębiająca, a przede wszystkim pełna przeciągów. Nowa kaplica będzie dostojna, bardzo wysoka, by muzyka i śpiew mogły osiągnąć w niej swą pełnię, i wspaniale zdobiona, tak by przyszłe wieki zachowały w pamięci jej budowniczego. Sykstus, który postanowił nadać jej nazwę kaplicy Poczęcia, miał w głębi duszy nadzieję, że związane z nią będzie jego imię .
Widząc nadchodzącego papieża, robotnicy - pracujący, prawdę mówiąc, nieco niemrawo - zaczęli z zapałem machać kielniami, podczas gdy wielkie kamienie szybowały na wciągnikach. Wszyscy kierowali się oczywistą nadzieją na uniknięcie burzy, która na nich czyhała i która jednak ich nie ominęła. Sykstus IV zaczął krzyczeć jak zwykły śmiertelnik, ujawniając we wściekłych inwektywach całą siłę swego nośnego, pięknego i potężnego głosu oraz swój dar wymowy. Architekt i pracownicy wkrótce znaleźli się na kolanach w kurzu, chyląc pokornie głowy w oczekiwaniu, aż zawierucha ustanie. Nawet papież musi od czas do czasu nabrać tchu.
Korzystając z chwili ciszy, architekt Dolci poskarżył się na złą pogodę, będącą przyczyną wielu chorób dotykających robotników.
- Dosyć! - uciął Jego Świątobliwość. - Zawsze masz w zanadrzu jakieś wymówki, signor Dolci. Ale ja chcę mojej kaplicy i to szybko. Jestem zmęczony czekaniem!
- Niech Wasza Świątobliwość okaże jeszcze trochę cierpliwości. Okna są prawie skończone, jak widać, i miałem nadzieję, że Wasza Świątobliwość będzie z nich zadowolony. Czyż nie są dostojne i niezwykle piękne? Takie szerokie i wysokie.
Papież nagle zaczął się śmiać:
- To bardzo w twoim stylu! Ja robię ci uzasadnione zarzuty, a ty szukasz sposobu, żeby wyciągnąć ze mnie komplementy. Twoje okna są piękne, przyznaję, ale dach nad nimi sprawiłby mi znacznie większą przyjemność. Jestem zmęczony patrzeniem, jak do mojej kaplicy leje się deszcz.
Dwie osoby towarzyszące papieżowi zostały nieco z tyłu, ukryte w bramie. Jedną z nich był skarbnik Watykanu, przebiegły finansista nazwiskiem Meliaduce. Drugą był kardynał wicekanclerz, osoba na tyle znacząca, że warto się na niej przez chwilę zatrzymać. Był to prałat o pięknej prezencji i mocnej budowie, o bardzo śniadej twarzy pod koroną kruczoczarnych włosów, o wielkich, ciemnych szeroko rozstawionych oczach. Długi zagięty nos o wrażliwych nozdrzach oraz pięknie wykrojone, lecz wydatne i zmysłowe usta zdradzały zamiłowanie do uciech życia, zaś nieco przesadny przepych purpury i gronostajów, silne brązowe dłonie i oliwkowa cera wskazywały na to, że jest cudzoziemcem. I rzeczywiście, kardynał Rodrigo Borgia urodził się w Hiszpanii, w Xativie, i pewnie by tam pozostał, gdyby jego wuj, arcybiskup Walencji, nie został był kilka lat wcześniej wyniesiony na stolicę Piotrową pod imieniem Kaliksta III i nie zabrał ze sobą całej rodziny. Rodrigo, zręczny i zagadkowy, umiał posterować swoją łodzią lepiej niż pozostali i w wieku czterdziestu siedmiu lat był trzecim z największych dostojników Kościoła. Nie wspominając, że był drugim zaraz po francuskim kardynale Estouteville, najbogatszym członkiem Świętego Kolegium i posiadaczem licznych dóbr.
Scena między papieżem i architektem zdawała się go bawić. Pochylił się w kierunku swego sąsiada i powiedział mu na ucho:
- Czy wiesz, messer Meliaduce, jak to się skończy? Dolci będzie płakać, że kończą mu się pieniądze, że ceny trawertynu i marmuru ciągle idą w górę, że miedź jest niebotycznie droga i że, reasumując, nie może zrobić nic więcej, mając tyle, ile dostał. Ojciec Święty nieco pogrzmi, po czym cię wezwie i zażąda, abyś potrząsnął kiesą.
- Ale ta kiesa jest prawie pusta! Skąd, zdaniem Waszej Wysokości, miałbym brać pieniądze? Wczoraj znowu siostrzeniec Jego Świątobliwości, hrabia Girolamo, kazał sobie dać trzy tysiące dukatów.
- Chyba nie zamierzasz mnie rozczulić tą swoją nędzą? Znajdziesz pieniądze, przyjacielu. Zresztą, zobacz! Wołają cię! Widzisz sam, że miałem rację.
Podczas gdy skarbnik, garbiąc się i powłócząc nogami, oddalił się w kierunku swego pana, kardynał ze znawstwem przyglądał się trwającym pracom. Miał upodobanie do przepychu i dzieląc zamiłowanie papieża do budownictwa, aprobował liczne prace, które ten podejmował niemal w całym Rzymie, pragnąc przywrócić mu antyczną świetność.
Pozostawiając skarbnika zażarcie dyskutującego z architektem, papież wrócił do Borgii:
- Wracajmy już! Nogi coraz bardziej mnie bolą.
- Wasza Świątobliwość powinien nieco odpocząć.
- Jestem zbyt stary, żeby odpoczywać. W moim wieku nie ma się już czasu do stracenia. Odprowadź mnie do biblioteki! Nie ma nic lepszego na poprawę nastroju niż godzinka lektury.
Sykstus, mocno podtrzymywany przez swego wicekanclerza, ruszył powoli w stronę budynku, w którym ulokował Bibliotekę Watykańską, swe najcenniejsze jak dotąd dzieło, i w miarę, jak się do niego zbliżał, humor mu się poprawiał. Ten były franciszkanin, ubogi i mizernego pochodzenia, urodzony jako Francesco della Rovere, niczego nie upodobał sobie tak, jak literatura i nauka, wyjąwszy, rzecz jasna, zamiłowanie do złota i władzy. Niegdyś wykładał kolejno na uniwersytetach w Padwie, Florencji, Bolonii i Sienie; zachował z tych czasów wielką erudycję i wielki głód wiedzy ukierunkowany przede wszystkim na badanie gwiazd. Najlepsze chwile dnia spędzał pośród zgromadzonych skarbów w towarzystwie uczonego i humanisty Platiny, którego mianował ich strażnikiem.
Kiedy wartownicy otworzyli przed papieżem i kardynałem drzwi do długiej galerii o ścianach całkowicie pokrytych malowanymi i złoconymi szafami oraz wyposażonej w duże stoły, na których leżały stosy manuskryptów i narzędzia optyczne, Platina wyszedł im na spotkanie wspierając chromą nogę na lasce . Chciał przyklęknąć, aby ucałować pierścień Rybaka, lecz Sykstus powstrzymał jego zamiar, wiedząc, że zginanie kolan sprawia mu cierpienie, i wziąwszy go poufale pod ramię, poprowadził do jednego z pulpitów. Leżała na nim gruba księga oprawiona w karmazynowy aksamit, ze srebrnymi okuciami, którą uwolniono od łańcucha łączącego ją z jedną z szaf:
- Widzę, że wyjąłeś Świętego Augustyna. Pokaż mi szybko te fragmenty, które wydały ci się tak zadziwiające!
Bezceremonialnym gestem odprawił kardynała Borgię, lecz widać niepisane było papieżowi tego dnia prawo do ulubionego zajęcia. Dokładnie w chwili, gdy Borgia miał przekroczyć drzwi, pojawiła się w nich nowa postać: ceremoniarz dworu papieskiego, Agostino Patrizi, którego blada twarz zdawała się wyrażać ustawiczną urazę. Przesiąknięty zasadami surowej etykiety, w którą wierzył bardziej niż w prawo boskie, Patrizi posiadał wyjątkową umiejętność przeszkadzania papieżowi w najmniej stosownym momencie, był mu jednak tak ślepo oddany, że ten wiele mu wybaczał i tylko kiedy Patrizi przekraczał wszelkie granice, czynił go obiektem jednego ze swych słynnych napadów wściekłości. Tak miało się stać tego dnia.
- Czego znowu chcesz! - rzucił papież już na sam jego widok.
Tamten padł na kolana:
- Ojcze Święty - wyjąkał - kilka tygodni temu powiedziałeś, bym cię powiadomił, gdziekolwiek będziesz przebywał, o przyjeździe Gian-Battisty de Monte¬secco do pałacu.
Sykstus natychmiast odwrócił się tyłem do księgi świętego Augustyna:
- Jest tutaj?
- Tak, Wasza Świątobliwość!
- Sam?
- Nie. Jest z nim twój nubijski niewolnik Domingo... i jakaś kobieta.
- Jak wygląda ta kobieta? Nie rób takiej miny! Opisz mi ją!
W istocie uraza na twarzy Patriziego była bardziej widoczna niż zazwyczaj. Wzniósł oczy ku niebu i westchnął:
- Młoda, ciemnowłosa... sądzę, że można by powiedzieć, że jest bardzo piękna, gdyby nie wyglądała na tak zmęczoną.