- Kiedy ja wcale nie chcę wyjeżdżać z Lochearn. - Służąca i towarzyszka Ellen MacArthur uderzyła w płacz.
- Nie mamy w tym względzie żadnego wyboru - rzekła Ellen. - Dziadek jest przekonany, że jego kuzyn zaraz po powrocie na Skye zbierze oddział i przyjedzie tutaj, żeby mnie porwać. Nie chce tego i ja także nie. Na dworze króla będziemy bezpieczne. Nigdy w życiu nie myślałam, że się tam znajdę.
- Nie chcę jechać na dwór królewski - chlipała Anice. - Dlaczego ja muszę jechać? Nikt się tam ze mną nie ożeni, Ellen. Czy naprawdę muszę z tobą jechać?
- Nie mogę się tam pokazać bez służącej, a ty właśnie nią jesteś, Anice. Odkąd wyrosłam i wyszłam spod opieki niani Peigi, byłaś moją służącą i przyjaciółką - powiedziała cicho Ellen.
- Ja pojadę z tobą, dziecko. Nie musisz wcale znosić jej humorów - powiedziała ostro Peigi, która pomagała im w pakowaniu. - Ona nie wie, co to jest lojalność, ani co to klan, bo do żadnego nie należy.
- Peigi, nie bądź okrutna! - zbeształa piastunkę Ellen. - Wiesz dobrze, że dziadek uważa Anice za jedną z MacArthurów.
- Stary laird ma wielkie serce - odparła Peigi.
- To nie moja wina, że mnie znaleziono w górach - rzekła Anice, a jej dolna warga zadrżała. - To nie moja wina, że mnie nie chciała moja własna matka.
- Urodziłaś się z grzechu, to pewne, inaczej nie skończyłabyś porzucona na wrzosowisku. Twoja matka była prawdopodobnie niewiele lepsza od ciebie, a Bóg jeden wie, czyje było nasienie, które cię spłodziło. Pewnie nawet twoja matka tego nie wiedziała. Pożarłyby cię dzikie zwierzęta, gdyby stary laird cię nie znalazł i nie wziął do siebie, ty niewdzięczna dziewczyno. Bez niego by cię już nie było. Dał ci dom, jedzenie, ubranie i jakiś cel w życiu. Jeśli pozwolisz lady Ellen jechać samej na południe, co będziesz miała? Co będziesz robiła? A teraz skończ z tym lamentem i bierz się do pakowania. Pani musi być daleko stąd, zanim zjawią się tu MacArthurowie ze Skye.
- Myślałam, że chcesz pojechać za mnie - powiedziała chytrze Anice.
- Jestem za stara na podróże - syknęła Peigi.
Ellen stłumiła uśmiech. Peigi nie cierpiała Anice, od kiedy dziadek powierzył dziewczynie obowiązki jej osobistej służącej. Peigi nie ufała Anice. Kiedy zaprotestowała, stary laird powiedział, że Ellen potrzebuje młodszej towarzyszki. Ellen zaś obiecała jej, że będzie bawić jej dzieci, kiedy ona i Donald MacNab się pobiorą. Teraz jednak okazało się, że wesele, które miało się odbyć w przyszłym roku, będzie odłożone na później. Ellen westchnęła. Ona też nie miała ochoty opuszczać Lochearn, ale ufała instynktowi dziadka. Poza tym wyglądało na to, że nie ma innej rady.
Tego samego dnia wyprawiono do króla Jakuba posłańca z poleceniem, by jechał śpiesznie i odszukał króla. Miał mu wręczyć list od lairda z Lochearn wyjaśniający położenie, w jakim znaleźli się Ewan i jego wnuczka. Ewan MacArthur błagał króla o opiekę nad Ellen do czasu, kiedy po nią pośle, co nastąpić miało dopiero, kiedy znajdzie się na łożu śmierci. To dobra i posłuszna dziewczyna, jeszcze dziewica, pisał laird. Jeśli król byłby łaskaw umieścić Ellen MacArthur na dworze jakiejś czcigodnej damy, dziewczyna, jak również podróżująca z nią służebna dziewka, odwdzięczą się za schronienie wierną służbą.
Po otrzymaniu wiadomości od nieznanego sobie lairda z Highlands król zwrócił się do swojej ciotki Małgorzaty po radę.
- Co ja niby, u diabła, mam zrobić z dobrą i posłuszną dziewicą, ciociu? - zapytał.
A potem uśmiechnął się łobuzersko. Kiedy był nieco młodszy, Małgorzata Stuart przerażała go, ale jako król, jeszcze nieżonaty, Jakub potrzebował godnej szacunku, statecznej damy, która miałaby w swojej pieczy żeńską część jego dworu. Wezwał więc do siebie młodszą siostrę swojego ojca, obecnie trzydziestokilkuletnią. Odpowiedziała na jego wezwanie, przybywając ze swej siedziby na zamku Hill w Edynburgu, by z oddaniem służyć mu pomocą.
Małgorzata Stuart zaśmiała się głośno.
- Powiedziałabym ci, żebyś zachował się przyzwoicie, Jamie, wiem jednak, jaką ci to może sprawić trudność - rzekła.
Była to bardzo wysoka, koścista kobieta z długim prostym nosem Stuartów, pięknymi bursztynowymi oczami i kasztanowymi włosami, które zawinęła nieporządnie w kok z tyłu głowy. Idąc, księżniczka zawsze wysuwała dumnie podbródek, zupełnie jakby miał pomóc jej zmierzyć się bez lęku z wszelkimi przeciwnościami losu. Wychowana w klasztorze, była bardzo mądra i wykształcona. Król szybko poczuł do niej szacunek i uwielbienie. W niepojęty sposób byli do siebie bardzo podobni.
- Jednakże ów laird z Lochearn ma trudną sprawę do rozwiązania - ciągnęła księżniczka. - Sprawę, która rozwiąże się tak czy inaczej. Tymczasem wezmę do siebie to dziewczę z Highlands. Zapewne będzie niewykształcone, bez pojęcia o modzie i będzie mówiło zaciągając akcentem z Highlands, ale przechowamy ją bezpiecznie dla jej dziadka. Kiedy nabędzie ogłady, Jamie, przyprowadzę ją do ciebie jeden jedyny raz, żeby mogła wrócić do siebie i powiedzieć, że osobiście rozmawiała z królem. - A po cichu pomyślała: Nie zdążysz jej zawrócić w głowie, bratanku.
Król uśmiechnął się znowu.
- Obiecuję - odparł gładko czcigodnej krewnej.
- Mówię poważnie, Jamie. Życie dziewczyny jest dobrze zaplanowane, tak jak należy. Przyrzeczono ją Donaldowi MacNabowi, tak głosi list. To jej kuzyn i dziedzic lairda. Małżeństwo z dziewczyną pozwoli MacArthurom z Lochearn przyjąć dziedzica z rodu MacNab, a to bardzo ważne. Już dosyć masz kłopotów w wyżynnej Szkocji, z którymi musisz sobie poradzić i nie potrzeba ci jeszcze jednego więcej.
- Wiele małżeństw się planuje i nigdy się ich nie zawiera - pozwolił sobie na złośliwość król. - Przy okazji, jak miewa się moja kuzyneczka, Maggie?
- Twój ojciec w dobrze obmyślanym politycznym posunięciu próbował wyprawić mnie ze Szkocji do Anglii, abym poślubiła brata królowej Elizabeth Woodville, hrabiego Riversa. Nie miałam zamiaru zostać ofiarnym jagnięciem złożonym na ołtarzu daremności. Anglikom nie można ufać, dobrze o tym wiemy. Próbowałam przekonać o tym twojego ojca, ale on nie słuchał.
- I dlatego wdałaś się w romans? - roześmiał się król.
- Rozejrzałam się po dworze - wtedy jeszcze miałam dar młodości, Jamie - i wybrałam człowieka, którego ucieszyło, że oddałam mu dziewictwo. Pozwoliłam mu się kochać przez kilka miesięcy, żeby zajść z nim w ciążę. Och, jakże twój ojciec był wściekły, że pokrzyżowałam mu plany. Ale cóż, uprzedzałam go przecież, że nie wyjadę ze Szkocji. Nie moja wina, że mnie nie chciał słuchać. - Tym razem to księżniczka się roześmiała. - Moja córka jest wątła, ale miewa się zdrowo.
- Jesteś do cna zepsutą niewiastą, ciociu - rzekł król.
- Cóż za bzdura! - żachnęła się Małgorzata Stuart. - Po Willu Crichtonie nie miałam żadnego mężczyzny, nie było też żadnego przed nim. Zanim zaprosiłeś mnie na swój dwór, drogi Jamie, byłam szczęśliwa, siedząc w domu na zamku Hill i czytając swoje księgi. A twoja kuzynka bardzo jest zadowolona z klasztornego życia. Wkrótce złoży śluby, a to najlepszy los, jaki może spotkać dziewczynę urodzoną z nieprawego łoża. Niech Bóg błogosławi mojego brata za hojne wiano, które jej dał.
- Kochałaś go, ciociu? - zapytał król. - Lorda Crichtona?
- Miłość jest dla głupców, Jamie. Już dowiodłeś, że pod tym względem jesteś wielkim głupcem - przycięła mu żartobliwie ciotka. - Jednak, za sprawą Boga, kocha cię lud i twoi lordowie w większej części także cię miłują. Jesteś najlepszym królem Szkocji, ze swoim wdziękiem, płodną metresą i zdrowymi małymi bastardami. Pora jednak zacząć myśleć o ożenku, Jamie.
Jakub Stuart roześmiał się w głos.
- To prawda - przyznał. - Rzeczywiście jestem głupcem, jeśli idzie o miłość, ciociu. Nie mogę więcej brać do łoża przypadkowych kochanek. Muszę uważniej je dobierać, bo ilekroć umieszczę swój oręż w pochwie pewne jest, że będzie z tego dziecko. Mam mocne nasienie. A mężczyzna powinien przynajmniej lubić matkę swoich dzieci. - Spoważniał. - Weźmiesz do siebie tę dziewczynę z Lochearn i zaopiekujesz się nią? Kiedy przyjedzie?
- Pewnie szybciej, niż nam się zdaje, chyba że się mylę - rzekła cierpko Małgorzata Stuart. - Kuzyn starego lairda, kiedy mu odmówiono, zapewne wrócił do siebie, zebrał ludzi i ruszył z powrotem w pośpiechu, żeby porwać dziewczynę. Będzie wielce zaskoczony, widząc, że jego zdobycz go przechytrzyła. Jeśli wyruszyła szybko, dojdą do wniosku, że nie warto ruszać za nią w pościg. Jeśli MacArthurowie ze Skye mają naprawdę zamiar dobrać się do Lochearn, zaczekają na swoją zwierzynę, aż wróci do domu. Nie jestem pewna, czy strategia Ewana MacArthura jest tak zręczna, jak mu się zdaje. Mam nadzieję, że młody MacNab jest biegły w walce, bo może się okazać, iż będzie się musiał bić o przyrzeczoną mu oblubienicę.
Gavin MacArthur zachował się zgodnie z przewidywaniami i rzeczywiście powrócił do Lochearn w kilka tygodni po pierwszej wizycie. Przyjechał z nim jego syn, Balgair. Ewan MacArthur nie był zaskoczony ich widokiem. W chwili, kiedy jego oczy spoczęły na Balgairze MacArthurze, wiedział, że ma słuszność, odrzucając oświadczyny kuzyna. Młody człowiek był ordynarny i nieokrzesany. Krępy, średniego wzrostu, miał tłuste blond włosy i wyblakłe niebieskie oczy. Nie umiał czytać, ani nawet się podpisać. Te umiejętności, jak powiedział lairdowi, uważał za stratę czasu, ponieważ prawdziwemu mężczyźnie wystarczy dobrze się bić, trzymać kufel piwa i robić dzieci.
- Poznałeś moją wnuczkę - rzekł laird do kuzyna. - Czy naprawdę sądzisz, że ten nieuk i niedźwiedź nadaje się na jej męża?
- Jest silny na tyle, żeby utrzymać Lochearn, i dostatecznie jurny, żeby spłodzić dziecko, kuzynie. No i będzie miał za sobą siłę mojego pana, MacDonalda, lorda z wysp, do obrony.
- Jego obrona do niczego nie jest mi potrzebna, chyba żeby miał mnie bronić przed tobą i twoimi krewniakami - parsknął gniewnie Ewan MacArthur.