Pieśń wojownika (oprawa miękka)
Tytuł oryginału: Warrior’s Song
Autor:
Catherine Coulter
ISBN 978-83-7551-119-2
format: 12,3 x 19,5 cm
stron 424
wydanie 1
przeklad: Aleksander Sudak
oprawa: miękka
data wydania 16-06-2009
XIII wiek. Piękna i dumna Chandra de Avenell posługuje się mieczem i ubiera się jak wojownik. Nade wszystko chce być niezależna i wolna, dlatego nie marzy o małżeństwie.Okrutny Graelam de Moreton, przy zdecydowanej aprobacie lady Dorothy - macochy Chandry - zamierza porwać i poślubić swą wybrankę wbrew jej woli. W ostatniej chwili na pomoc przybywa jej Jerval de Vernon, którego ojciec Chandry już jakiś czas temu wybrał jej na męża. Jerval zakochuje się w pięknej dziewczynie od pierwszego wejrzenia, ona jednak nie odwzajemnia jego uczuć. Obawia się, że ślub przyniesie jej tylko zniewolenie. Zgadza się jednak zostać żoną swego przystojnego wybawcy, by uwolnić się od podstępnej macochy i zapewnić sobie spokojną przyszłość. Czy to małżeństwo istotnie będzie oznaczało dla niej jedynie spokój i szczęście?...
| Średnia ocena czytelników: |
|
Patrzyła, jak stoi z dala, oddzielony od niej rozległym pasem spalonej słońcem ziemi, usianej poszarpanymi skałami, karłowatą sosną i spowitej niską, gęstą mgłą. Dosiadał czarnego rumaka, a za nim na tle nieba stało co najmniej trzydziestu ludzi. Jego zbroja lśniła srebrem w promieniach słońca. Na nią zarzucił czarną, aksamitną opończę, której przepych Chandra mogła podziwiać nawet z tak daleka. Na wietrze trzepotała przypięta do hełmu czarna wstążka. Siedział zupełnie nieruchomy, jakby czegoś oczekujący. Najpewniej uznałaby go za kogoś wspaniałego, gdyby nie to, że on i jego ludzie ustawili się w długi, nieprzerwany sznur oddzielający ją od Coryland. Ze sobą miała tylko sześciu swoich, z których dwóch ciągnęło na drągach dzika powalonego niedawno przez nią samą. Nieznacznie obróciła się na grzbiecie Wicketa i cicho zapytała jadącego obok starego, żylastego mężczyznę, który pokazał jej kiedyś, jak jednym cięciem noża pozbyć się ogryzka z jabłka: - Ellisie, ten człowiek… Co to za jeden? Wygląda całkiem jak posąg, siedzi tak nieruchomo. Dlaczego się do nas nie zbliża? Cóż to za pokaz siły? - O, pani… Wiem, kto to jest – jęknął ponuro Ellis. Bardziej ponuro niż przed godziną, gdy Ponce, jeden z dworzan jej ojca, nie trafił włócznią w szarżującego dzika i zwierz już zwalał się na nich obu, kiedy nóż Chandry pogrążył się głęboko w jego czaszce. – Widzisz te trzy srebrne wilki na czarnej chorągwi? – mówił dalej Ellis. – To lord Graleam de Moreton. Dlaczego jest tutaj? Nie wiem. Daleko mu stąd do domu, do Kornwalii. Skinęła głową. Zdaje się, że słyszała, jak ojciec wymawiał to imię, ale nie mogła sobie przypomnieć gdzie. - Ciekawe, dlaczego nie podejdzie się przywitać. - Nie wiem, pani, ale wcale mi się to nie podoba, zupełnie mi się nie podoba. Za wielu z nim ludzi, by nie knuł czegoś złego. Utrafił w sedno. W głosie Chandry było więcej chłodu niż rano w zamarzniętej wodzie w sadzawce. - Na wszystko, co święte, teraz rozumiem. Ojca oszukano. Ten chudy człowieczek, cośmy go przyłapali, jak myszkował wokół Croyland, który przyznał w końcu ojcu, że zbójcy Cadwallona czają się w pobliżu… to nieprawda. To był podstęp, by ojca i wielu naszych wywabić z Croyland. Ale dlaczego? Ten Graleam musi wiedzieć, że nie utrzymałby Croyland na dłużej. Wasale ojca zebraliby się w tydzień. Zabiłby i jego, i wszystkich jego ludzi. - Może jego obecność nie ma nic wspólnego z tym, o czym myślimy. To potężny lord z Kornwalii, jak ci mówiłem. Ma mnóstwo ziemi i ogromne skarby. Przyjaźni się z królewskim synem, z księciem Edwardem, więc siła stoi za nim. Jest potężny i niebezpieczny. Wcale mi się to nie podoba. Posłuchaj. Zostań tu, a ja z nim pomówię. Nie dajmy mu poznać, że jesteś kobietą. - Lady Chandro – dobiegł nagle z oddali głos, mocny i głęboki. Po raz pierwszy czarny ogier Graelama de Moreton ruszył naprzód wdzięcznym kłusem, powstrzymywany silną dłonią niesionego przezeń jeźdźca, przy którego boku jechał inny mąż w pełnej zbroi. - Już wie, że jestem kobietą, Ellisie, i wie też dobrze, kim jestem. To ja muszę wiedzieć, czego chce. Nie, Ellisie, zostań z tyłu. Nie sprzeciwiaj się. Ojciec powierzył mi pieczę nad wami. Spójrz na jego ludzi, wszyscy zbrojni i gotowi do bitwy. Jest ich za dużo, nie mielibyśmy z nimi żadnych szans. Nie chcę niczyjej niepotrzebnej śmierci. Byłaby to rzeź i dobrze wiesz o tym. Ellis wiedział, że ma słuszność, ale nie chciał wystawiać jej na niebezpieczeństwo. Zdawała sobie z tego sprawę, ale to ona miała czuwać nad swoimi, kiedy ojciec przebywał z dala od Croyland. Nie komu innemu, a jej powierzył opiekę nad zamkiem, nad młodszym bratem Johnem, jedynym dziedzicem lorda Richarda, i nad jej matką lady Dorothy, damą o ściągniętych, zasznurowanych ustach, nienawidzącą własnej córki. Jej złośliwości i okrucieństwo ustały dopiero wtedy, gdy Chandra skończyła jedenaście lat i była już na tyle duża i silna, żeby upomnieć się o swoje. - Wszystko będzie dobrze, Ellisie – powiedziała teraz. – Zobaczę, czego też on chce. Skinęła mu lekko głową i uderzyła piętami w zapadłe boki Wicketa, pędząc po chwili galopem poprzez spękaną od słońca, usianą głazami równinę. Osadziła go raptownie dopiero w odległości dwudziestu stóp od mężczyzny z trzema srebrnymi wilkami na chorągwi. Jego głęboki, ciemny jak noszona przezeń aksamitna opończa głos sprawił, że miała chęć rzucić się do jakiejś kryjówki pośród znajdujących się za nią głazów. Bała się, bała jeszcze bardziej niż wtedy, gdy miała dziewięć lat, a lady Dorothy zamknęła ją w lochu. Dotąd nie wiedziała, czym zawiniła, by przesiedzieć półtora dnia w pełnej szczurów, spleśniałej celi, do której dochodził tylko nikły promyk światła. - Lady Chandro, córko Richarda de Avenell! – zawołał. Żadnych wahań, cienia niepewności - pomyślała. Wiedział dokładnie, kim jest, tylko jak zdobył tę wiedzę? Odziana była w skórzane spodnie, skórzaną czapkę zakrywającą włosy, zaś u jej pasa wisiały miecz i nóż. Buty sięgały kolan, skrzyżowane skórzane podwiązki plamiła krew zabitego dzika, a czarny, aksamitny płaszcz drżał lekko pod łagodnym podmuchem wiatru. - A ty jesteś Graelam de Moreton – odparła. – Wiem to od mojego człowieka. Czego sobie życzysz tutaj, w Croyland? Czemu postawiłeś swoich na naszej drodze? Pzez chwilę jakby się wahał, nim odpowiedział z całym spokojem: - Przybyłem po to, co moje, Chandro. - Nie ma tu niczego, co byłoby twoje, mój panie. Dosyć już tego. - Zgadzam się, dosyć tego. Podjechał bliżej, a za nim przysunął się człowiek w zbroi. Długi szereg jego ludzi milcząco trwał w miejscu, a mgła spowijająca nogi ich koni sprawiała, że wyglądali jak zjawy nie z tego świata. - Powiedz, czego sobie życzysz, a nie będzie zwady między nami. W tej chwili usłyszała szydzącą z niej matkę; z bezradnego, małego, lecz gotowego do walki dziecka: „To tylko słowa, buńczuczne słowa, ty bezbożna, mała ladacznico”. A to, co właśnie powiedziała temu mężczyźnie, było takimi buńczucznymi słowami. To tylko słowa, ale tym razem mogła się nimi posłużyć. Musiała. Jednak to, co powiedziała Ellisowi, było prawdą. Graelam de Moreton i jego ludzie mogli skończyć z nią i z jej sześcioma towarzyszami w jednej chwili. - A cóż to za niedorzeczność ze strony dziewczyny w męskim stroju, która ma sześciu oberwańców za plecami. Nie sądzisz, panie? – zawołał jadący za Graelamem de Moreton mężczyzna. Graelam obrócił się do niego i powiedział coś ściszonym głosem. Nie słyszała słów, ale zbrojny wzruszył ramionami i odjechał kilka kroków wstecz. - Mój dworzanin nie zamierzał cię obrazić – rzekł de Moreton. – Gdybym cię nie znał, sam bym cię wziął za chłopca. Ale ja cię przecież znam i wiem o tobie wszystko. Wiem, jak jesteś dzielna, że wychowano cię na rycerza, znam siłę twego charakteru, twą bezgraniczną dumę. Nie jesteś jednak chłopcem, choć po męsku władasz bronią i choć ojciec kazał ci czuwać nad bezpieczeństwem zamku. A teraz odrzuć tę śmieszną czapkę, chciałbym zobaczyć wreszcie w tobie kobietę. Wiedział aż zbyt wiele, ale skąd? I czy wierzył w te wszystkie rzeczy? Czy naprawdę była odważna? Dumna? Pomyślała, że to tylko słowa, próżne słowa, które mają ją zjednać, ale nie znaczą nic. Spokój, musi zachować spokój, jeżeli ma powiedzieć coś rozsądnego, tak jak ją uczył tego ojciec. Odrzuciła w tył głowę i rzekła: - Nie, Graelamie de Moreton. Teraz ja cię chcę o coś zapytać. Po co tutaj przybyłeś? Powoli zdjął hełm i podał stojącemu za nim człowiekowi. Zobaczyła, że jest brunetem o czarnych, gęstych, zlepionych od potu włosach. Twarz miał ogorzałą, a oczy czarne jak bezgwiezdne niebo. Nawet z dzielącej ich odległości dwudziestu stóp widziała tę czerń jego szatańskich oczu. Wyglądał jak diabeł choćby z powodu czarnych szat, które nosił. Nagle roześmiał się, ukazując białe, silne zęby, i strach tak ją poraził, że niemal spadła z grzbietu Wicketa. To szatan, pomyślała, istny szatan. Nie, nie może okazać, jak bardzo ją przeraził. Nie zdradzi się też z tym lękiem przed swoimi, bo wtedy wszystko przepadnie. - Przybyłem po ciebie, Chandro.
Klienci którzy kupowali ten produkt kupili rownież:
« powrót do spisu