RÓŻYCZKA
Jak ja nie lubię chorować. Gdy leżę chory w łóżku, nie mogę bawić się z kolegami. Boli mnie głowa i w ogóle nie mam na nic ochoty, ani siły. Dobrze chociaż, że mama poświęca mi wtedy więcej czasu, a wszyscy troszczą się o to jak się czuję. A jak muszę połknąć lekarstwa, to mama głaszcze mnie po głowie i mówi: - Moje biedactwo. Potem całuje, przytula i to jest w całym chorowaniu najlepsze. Teraz też jestem chory, a moja choroba nazywa się dość dziwnie - różyczka. Wolałbym żeby nazywała się jakoś poważniej, bardziej groźnie. Każdy wolałby chorować na przykład na nożownicę, bąblownicę czy tygrysicę, a nie na różyczkę. Różyczka to nazwa dobra dla dziewczyn. Kto to wymyślił ? - Czemu różyczka, a nie na przykład kaktusik, albo tulipanek ? - zapytałem mamę. - Tomku, właściwie to wszystko jedno jak się choroba nazywa, ważne jest to, że musisz przez kilka dni zostać w domu. A wiesz, może ta nazwa wzięła się stąd, że ktoś chory na różyczkę ma na całym ciele wysypkę, takie różowo-czerwone, małe plamki. Można powiedzieć, że jesteś cały obsypany maleńkimi różyczkami - powiedziała mama. Po chwili dodała: - Niestety, nie będziesz mógł przez parę dni chodzić do przedszkola, bo pozarażałbyś inne dzieci. - Szkoda - pomyślałem. Gdybym tak zaraził wszystkie dzieci w przedszkolu, to wtedy moglibyśmy bawić się ze sobą. Wszyscy mielibyśmy jednakowe plamki, jakby małe różyczki. I gdybyśmy stanęli tak blisko siebie, to byłby z nas cały bukiet róż. Po kilku dnia spędzonych w domu czułem się już o wiele lepiej i bardzo chciałem spotkać się z kolegami. - Niestety - powiedziała mama. - Tak długo jak masz tę wysypkę, nie możesz bawić się z dziećmi. Wtedy przypomniałem sobie, że kiedyś zerwałem w ogródku kilka polnych kwiatów, potem położyłem je na stole i zapomniałem o nich. Kwiaty pozbawione wody szybko zwiędły, a rano były już uschnięte. - W takim razie – pomyślałem. - Jeśli pozbawię tę moją wysypkę z różyczek wody, to ona uschnie. A ja będę zdrowy. Przez dwa wieczory odmawiałem wejścia do wanny. Nie dałem się namówić nawet na prysznic. Starannie unikałem wody. Myłem tylko ręce i to jedynie wtedy, gdy były bardzo brudne. Kiedy zbudziłem się trzeciego dnia, z niedowierzaniem oglądałem swoje ręce, nogi i brzuch. Wszystkie czerwone plamki znikły. - Huraaaaaa! Nie mam wysypki! Huraaaaaaaa! Mamo, jestem zdrowy ! Zasuszyłem moje różyczki. Zasuszyłem i wyzdrowiałem - krzyczałem na cały głos. - Synku - powiedziała mama. - Dzieci zazwyczaj chorują na różyczkę kilka dni. Potem wysypka znika i dzieci wracają do zdrowia. Ty po prostu odchorowałeś już te kilka dni i teraz wygląda na to, że jesteś zdrowy. - Ależ skąd - zawołałem. Gdybym się kąpał, to moje różyczki miałyby wodę i rosłyby sobie dalej. Ja je ususzyłem i dlatego jestem zdrowy. To był świetny pomysł, ale dorośli tego i tak nie zrozumieją. - Rzeczywiście, nic nie rozumiem - powiedziała mama. Martwię się tylko, żebyś po powrocie do przedszkola znowu nie zachorował. Słyszałam, że kilkoro dzieci z twojej grupy choruje na kolejną zakaźną chorobę. Tym razem na świnkę. - Co takiego ? - krzyknąłem. Na świnkę ? Jak ja ją ususzę ? - zapytałem zmartwiony.